Z pamiętnika ornitologa - część II
Z pamiętnika ornitologa
Zofia Kowerska.
Kraków - 1900 r.
część druga
Dnia 5. stycznia.
Co się ze mną dzieje, co się ze mną dzieje! Coraz więcej siebie tracę w tym odmęcie. Ciągle gości, interesantów proszących mnóstwo! Jakiś literat przychodzi z żądaniem, l, bym mu udzielił dat i faktów, dotyczących mego życia. Biografia moja już została zapowiedziana w dzienniku. Musiałem mu obiecać, że się będę fotografował... Ach, a list babulki! Ta nieszczęśliwa wymalowana i wydekoltowana do mnie pisze... Co za list! Zapłakać tylko nad podobną nędzą! Mówi, że źle jest mężczyźnie bez kobiety... że, gdybym chciał znaleźć towarzyszkę, istotę pełną serca, gotowości kochania... że odrazu, spojrzawszy na mnie, poczuła, żeśmy dla siebie stworzeni... że, dopóki byłem ubogim, nie mogłem myśleć, ale teraz... że znajdę otwarte ramiona, duszę, spragnioną miłości...
Biedna babulko! Kto wie, kto zbada wszystkie cierpienia, przez jakie przeszło twoje biedne serce, nim się pozbyło godności kobiecej! Kto zgłębi te bezdna pragnień, zawodów i szałów myśli, które cię doprowadziły do tego, czem jesteś! Może byłaś słodkiem, dobrem, czystem dziewczęciem, i, gdyby twoje życie było poszło inną koleją... Ale ogniska cudze, przy których zasiadałaś, ciebie nie grzały... Biedna babulko! nie bój się, nie pokażę nikomu twego listu, nawet pannie Helenie. Daruj mi, żem się z niego rozśmiał w pierwszej chwili. On nie śmieszny, babulko, on smutny! Czytając go, odczułem, ile życie przyniosło ci męki... męki, która dopiero w obłędzie umysłowym szukała sobie ulgi i lekarstwa. Maluj się, biedaczko, i dekoltuj... udawaj młodość, kiedy to może przynieść osłodę twojej starości!
Jakiś usłużny żydek czekał dziś na moje obudzenie się. Ofiarowuje mi pożyczkę, ale to tak natarczywie, że ledwiem się mógł oprzeć. Kładł mi pieniądze w rękę, na stół... Błagał wkońcu. Jest bardzo biedny, ma żonę, sześcioro dzieci... suma, którą kładł przedemną, to jedyny jego fundusz, i, jeżeli nie umieści go w dobrych rękach na dobry procent... Biedny żydzina! Ale całe życie bałem się długów i nie uległem. Chciałbym był mieć jaki grosz do dania mu, ale takie były u mnie pustki!...
Tomaszowa bierze na kredyt wiktuały. Wszyscy teraz tak są gotowi pożyczać bez miary, że zdawałoby się, iż każdemu tego tylko do szczęścia brakowało, żeby zostać moim wierzycielem.
Wszystkie dzienniki ogłosiły już światu, że zostałem milionerem. A przytem co za epitety dla mnie! Naraz zostałem »naszym sławnym«, »naszym znakomitym.« A jak wszystko wiedzą! I o towarzystwach naukowych, do których należę. i o odkryciu odmiany kaczki Alca-Torda, i o orderze Don Pedra brazylijskiego. Opowiadają, gdziem się rodził, gdziem pobierał nauki... Pełno w tem wszystkiem fałszów, ale ton, w jakim się mówi o »naszym sławnym«, tak namaszczony, że z tego wonna oliwa się leje. Nie wiem, kto się podjął przysłania mi tego wszystkiego z zakreśleniami. Wyznaję, że z początku czytałem z przyjemnością... jakoś mię to łechtało, ale potrosze słodycz nabrała mdłego, nudnego smaku. Okropny jest ten szablon!... ten »nasz sławny«, to zapewnienie czytelników, że miliony Karola »nie mogły się dostać w lepsze ręce.« Aż się niedobrze robi!
Dzieci w szkółce już wiedzą. Gdym wszedł, widziałem przez chwilę jakieś wahanie się na ich twarzach i ich ruchach. Nie śmiały się jakoś zbliżyć do moich milionów, ale. gdym przemówił, gdym się uśmiechnął... moje dzieciaki obsiadły mię, jak wrony stertę. Widziałem jednak, że bały się pytać, że sądziły może, jak panna Helena, iż się teraz nasze lekcye skończyły... Patrzały na mnie z wyrazem jakiegoś strachu. Jeszcze im mówiłem o wyzysku ludzkim względem ptaków, o wytępianiu tych, które mają smaczne mięso, lukullusowych pasztetach z języczków słowiczych...
— Pan by mógł teraz jadać takie pasztety! — zawołał nagle Feliś Będzicki.
Nie rozumiałem, o co mu chodziło.
— Bo pan teraz bardzo bogaty — zawołało jakieś inne dziecko.
Tu dopiero fantazya dzieci zaczęła pracować. Żywsze i sprytniejsze usiłowały odgadnąć, co będę robił z fortuną. Przypisywały mi naturalnie własne gusta. Wedle jednych miałem zakupić całą menażeryę i mieć mnóstwo małpek, pokazujących sztuki; miałem jechać balonem na czubek ziemi, kiedy się tam zwykłym sposobem dostać nie można; miałem założyć w Warszawie taki ogromny, ogrzewany ogród... sprowadzić jajka kolibrów i mieć żywe kolibry...
Dzieci aż klaskały w ręce na myśl o tym ogromnym, ogrzewanym ogrodzie.
Słuchałem tych marzeń z odcieniem smutku w myślach. Dzieciakom moim się roiło, że można zrobić sztuczne słońce, ale czy człowiek w ogóle nie jest też wielkiem dzieckiem? Czy mu się czasem słońc i małpich sztuk nie zachciewa?
Wieczorem nogi mię niosły do panny Heleny, gdym sobie przypomniał przyrzeczenie, dane pani Kryspinie. Zaprzedałem już był mój wieczór. Szedłem z takiem uczuciem, z jakiem musi iść pies do obroży, alem szedł... Ileż to takich obroży kujemy sobie własną ręką! Zapomniałem zupełnie w tej chwili o moich milionach, ale, gdym wszedł do przedpokoju pani Kryspiny, przypomnienie ich odrazu spadło mi na głowę, bom się tam poczuł wcale innym człowiekiem, niżem był wówczas, gdym przychodził układać bibliotekę. Nikt się wtedy o mnie nie troszczył: »To ten pan... do książek«.. I, otworzywszy mi, lokaj oddalał się, zaledwie raczywszy na mnie spojrzeć. Teraz, gdym wszedł, zrobił się formalny zamęt. Dwóch lokai ściągało ze mnie paltot, kalosze... Jeszcze się ze mną nie byli załatwili, gdy na progu ukazała się pani Kryspina. Posypały się na mnie gradem przymiotniki. Byłem kochanym przyjacielem, jedynym spadkobiercą duchowym nieboszczyka męża, najmilszym gościem... Zaproszono kilka osób, by szersze koło zgromadzonych mogło się nacieszyć moim widokiem... Zastałem w istocie dość liczne towarzystwo.
Było mi przykro, ogromnie przykro, że ludzie zdolni są poniżać się do wywracania takich koziołków dlatego, iż jakiś tam biedny ornitolog został nagle milionerem! Panna Martyna była bardzo wesoła i zabawna. Nie patrzała już na mnie z góry i miała, rozmawiając ze mną, jakieś ruchy i spojrzenia łaszącej się kotki. Wydało jej się widocznie konieczną grzecznością dla mnie z jej strony udawanie wielkiego zamiłowania do nauki i ornitologii. Trzeba ją było widzieć, gdy oczy jej myślały o jakichś figlach i konceptach, a usta mówiły o naukach przyrodniczych. Miała zawsze do nich pociąg ogromny i nawet teraz chętnieby dobrego wykładu słuchała. Pytała mię, czy między książkami, które układałem, były dzieła, dotyczące tych nauk. Wyraziła nadzieję, że wybiorę dla niej do studyowania jakie dobre dzieło...
Pani Kryspina oburzyła się na myśl, bym miał dalej zajmować się układaniem biblioteki, alem przy swojem obstawał koniecznie, bo chodzi mi bardzo o dokończenie tej pracy.
— Teraz właśnie będę mógł łatwiej czas na to znaleźć, kiedy pracować na chleb nie potrzebuję!
— Ale gdzieżtam, ale gdzieżtam! Jabym nigdy proponować nie śmiała... to byłoby w istocie poświęcenie... przynajmniej musisz pan mieć pomocnika, wyręczyciela... I Martynka będzie panu pomagała!
— Tyle czasu pracowałem sam...
— O, to co innego, to zupełnie co innego! Kochany przyjacielu, jakże możesz przypuszczać... Okoliczności się zmieniły... Ale to taki skromny ten nasz znakomity, ten nasz uczony... Wszak prawda, że skromność to cecha wielkości ?...
Mówiąc to, brała za świadków wszystkich swoich gości, ku mnie wyciągając ramiona, jakby się spodziewała, że się w nie rzucę. Wiedziałem z dawna, że mądrości Bożej i głupocie ludzkiej niema granic, alem się o tej ostatniej prawdzie dopiero teraz przekonał dowodnie.
Prawie każdy z obecnych chciał wiedzieć dokładną cyfrę odziedziczonego przezemnie majątku. Badano mię, wypytywano, potem podsuwano mi różne myśli.
— Zapewne pan...
I każdy z obecnych na swoje kopyto układał sobie moje zamiary.
— Teraz nam się nasz drogi uczony ożeni — rzekła słodko i insynająco pani Kryspina.
Nie wiem dlaczego, zmieszałem się bardzo przy tych słowach. Przyszły mi na myśl i panna Helena, i list wydekoltowanej babulki, i swaty z Tomaszowa. Ale odzyskałem przytomność, a nawet przyszła mi złośliwa chętka zażartowania trochę z pani Kryspiny.
— Pani zawsze byłaś na mnie łaskawa — rzekłem — przypominam sobie, że nie po raz pierwszy pani mię do małżeństwa namawiasz...
— Ach! — zawołała — ja wtedy byłam w jakiejś chwili... doprawdy nie
